04 stycznia

ZAWSZE COŚ TRACISZ, czyli NIENAWIDZĘ ZMIAN



Oto Ty.

Wyprostowany, uśmiechnięty, muśnięty słońcem.
Kapitan na dziobie swojego statku.
Przeciągasz się,
wdychasz z rozkoszą morską bryzę.

Rozglądasz się dookoła.
przeszywa Cię ciepły dreszcz.
Ach, jak przyjemnie!
Łagodne kojące uderzenia fal
o drewnianą burtę.
Niosący się na wietrze szelest mewich piór.
Gorączka bijąca od rozgrzanego piasku
na złocistych plażach Twojej wyspy...

Cisza. Spokój.
Przyjemnie ciepły, otulający Cię podmuch.
Wszystko się zgadza.
Nie potrzebujesz niczego więcej.
Mógłbyś tak trwać i trwać i trwać i...


Cumujesz swoją łódź na płytkiej, bezpiecznej mieliźnie,
w tym samym miejscu od lat, dokładnie od...

...od ostatniego S Z T O R M U.

Włoski jeżą Ci się na skórze.
Gwałtowanie, niespodziewanie zrywa się
porywisty, chłodny wiatr.
Rozwiewa Ci włosy, szarpie żagle,
z ledwością utrzymujesz ster,
napinając wszystkie mięśnie...

... i tak samo nagle...

CISZA.

Ocierając pot z czoła, niespokojny, zwracasz wzrok w stronę horyzontu. Mruczące raz po raz ciężkie, gęste chmurzyska. Przesłaniająca widoczność kurtyna deszczu, poprzeszywana lśnieniami błyskawic. Jeszcze gdzieś  w oddali, ale już bliżej... Coraz bliżej. I wiatr, znowu ten W I A T R.

Znasz go aż za dobrze. Minęło trochę czasu, dawne rany zdążyły się zagoić, Ty przyzwyczaiłeś się, odnalazłeś w nowym miejscu, które zacząłeś nazywać już "swoim"... Znajome twarze, rośliny, zwierzęta. Piasek, fale, słońce. I znowu musi pojawić się ten wiatr, jak zwykle! Niszczy to, co zbudowałeś, rozwiewa bezpieczną rutynę, burzy... właściwie wszystko. Całe życie. Wiesz, że Twoja łódź nie ma szans w tym starciu. Że choćbyś nie wiadomo jak się starał, jesteście skazani na porażkę, będziecie musieli poddać się temu wiatrowi i dać mu się prowadzić w nieznane. Łódź i Ty - bo jesteś za nią odpowiedzialny jako kapitan. To jedyne, co zostało Ci dane na własność. Zaniepokojony, marszczysz brwi, po czym wzdychasz z rezygnacją. Wiesz, że żadne przygotowania na nic się nie zdadzą. Co więcej - wszelkie próby stawiania oporu bezsprzecznie zakończyłyby się tragedią, dla Ciebie, dla statku, może nawet dla innych... Fakt jest taki, że TO SIĘ MUSI WYDARZYĆ. Nie ma mocnych. To znaczy...

Słyszałeś legendy, pogłoski. Krążyły różne historie. O tych, którzy naprawdę się zaparli i sprzeciwili wiatrom z nieznanych wód. Wyspa Rozbitków... bo taka, według podań, jest cena tego buntu. Na Wyspie podobno trwa wieczność. Oczywiście, nawet ona ostatecznie kiedyś się zakończy, ale dopóki trwa, daje iluzję stałości, bezpieczeństwa. Z pewnością nie roztrzaskasz już swojej łodzi, tego obawiać się nie musisz. Ale okazuje się, że wrócić do tego, za czym tak tęsknisz, również nie zdołasz. Przecież oddałeś swój statek, Rozbitku, nie pamiętasz...?

A więc MASZ WYBÓR. Tragiczny, ale zawsze. Ach, ten urokliwie zdradziecki ocean...

Już zawczasu podciągasz kotwicę, odwiązujesz liny. Lepiej zrobić to teraz, aby dać się ponieść falom dokładnie w momencie, kiedy nadejdzie najlepszy czas. Nie ma sensu tego odwlekać i przeciągać. Rzucasz jeszcze pożegnalne spojrzenie na port, Twój port... Z rozczuleniem odnajdujesz wzrokiem swoich przyjaciół, rodzinę, bliskich. Niektórzy z nich zostają tutaj, bo to nie ich wzywa teraz morze. Inni wypływają razem z tobą, ale kto wie, gdzie rozrzuci was wiatr... Przesyłasz im pokrzepiające spojrzenia, starasz się uśmiechnąć, dusząc w sobie płacz. Oni kiwają tylko głowami. Bo nikt nie ma pojęcia, jak gdzie i kiedy będzie tym razem. Oglądasz się po raz ostatni na swoją wyspę, zastanawiając się, kogo i co stracisz... Jesteś oczywiście świadomy, że zostawiając coś w tyle, robisz miejsce dla czegoś nowego, więc możnaby pokusić się o twierdzenie, że zyskujesz, wcale przecież nie tracisz... Ale to nie jest prawda. Bo ZAWSZE COŚ TRACISZ. I jest to ostatnia myśl, jaka przychodzi Ci do głowy, zanim znowu zrywa się wiatr.

(dobra, koniec tej morskiej metafory)

... i marzysz o tym, że przyjdzie taki moment, że nareszcie będziesz ustatkowany. Mniej lub bardziej, ale powiedzmy, że będziesz. Skończysz szkołę, znajdziesz pracę, może założysz rodzinę, może dzieci, może kot, rybki i pies. Codzienność zwolni, ale życie przyspieszy. Koniec radykalnych zmian, wydaje Ci się. Już tylko ciała... starzeją się... Ale do pewnego czasu. Bo świat cały czas jest w ruchu. Toczy się, a my razem z nim, nieuchronnie, nieustannie. 

Nagle znów okazuje się, że... 

...dziecko - nasze, kuzynki, rodzeństwa - kończy już 19 lat, zaraz wybędzie z domu na studia, a przecież przed chwilą, pamiętasz dokładnie, śliniło Ci koszulę, biegało chwiejnie wokół dorosłych, rozczulając szczerbatym uśmiechem, jakby to było wczoraj...

...przenoszą nas w pracy do innego działu, budynku, na inne piętro, do innego zespołu, innego miasta - i musisz się przeprowadzić, znowu nikogo nie będziesz znał, trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa, a jak Cię nie polubią, a jak będzie gorzej, a nawet, jeśli nie, to na pewno będzie po prostu inaczej...

...albo przeprowadzają się Twoi najlepsi przyjaciele i teraz będziecie widywać się co najwyżej raz na kilka tygodni... Wiadomo, są komórki, jest Internet, masz jeszcze innych znajomych, ale czujesz, że razem z nimi zostaje Ci wydarta pewna cząstka Ciebie, jakby umierał kawałek Twojej, waszej wspólnej historii... 

Przeprowadzka, 
przeniesienie, 
zamiana, 
zmiana, 
przemiana, 
inność, 
nowość,
nieznane,
początki i końce,
pożegnania i rozstania,
dojrzewanie dorastanie przemijanie...

...bo trzeba iść, ciągle iść to przodu,
bo taki jest ten nasz świat,
że nic, nic nie masz na własność,
że wszystko tylko na chwilę,
a w środku tego przychodzenia i odchodzenia my...

...jedną nogą w wyidealizowanej przeszłości,
drugą w jeszcze niespełnionej, ale już przerażającej przyszłości...
nigdy nie teraz...
...bo po co być teraz,
przywiązywać się, 
skoro wszystko to i tak nic więcej,
niż nietrwały zamek z piasku...

...a przed nami już widnieją,
wnoszą się groźnie fale zmiany...

ZMIANY.

I znowu odpłynie to wszystko, co tak sobie ukochaliśmy.
Ludzie i miejsca.
Wspomnienia i przyzwyczajenia.
Ciepło i pewność i bezpieczeństwo.

Słony smak w ustach.
Morze czy łzy?
Wychodzi na jedno.
Bo zmiany to łzy właśnie.

Nienawidzę zmian. Małych i dużych. I, paradoksalnie...Zawsze, za każdym razem rozpaczam - tylko po to, aby później odkryć, jak bardzo się myliłam; że oto właśnie wkroczyłam w kolejny najlepszy etap mojego życia. Ale i tak NIENAWIDZĘ ZMIAN. Powody? Różne. Strach przed nieznanym, trzymanie się strefy komfortu, próba zapewnienia sobie bezpieczeństwa i wszystkie inne psychologiczne pierdoły, o których krzyczą groźni i oświeceni trenerzy rozwoju osobistego... Warto się zastanowić. Ale mi na przykład chodzi tylko i wyłącznie o to, że ZAWSZE COŚ TRACISZ. Przynajmniej jedną z dwóch opcji. Dostajesz coś w zamian, ale w tym przypadku bilans się nie wyrównuje. Bo my, ludzie, to byśmy chcieli mieć wszystko na raz i najlepiej na zawsze. Czy to źle? Mamy czuć się winni, bo przywiązujemy się, tworzymy więzi, tęsknimy? ...bo KOCHAMY...? Bo, zgodnie z panującym trendem kultu zmian - musisz lubić i chcieć, radykalnie, mocno, często, gęsto...!

A jednak. Wszystko musi się kiedyś skończyć. Niestety, ale sprawy gustu, upodobań i zranionych serduszek jakoś się dla życia nie liczą. I bardzo dobrze, bo jakby wszyscy byli tak sentymentalni jak ja, to nadal trwalibyśmy w epoce kamienia, bo zapewne stwierdziłabym, że jest mi tam dobrze i zmiany są niepotrzebne... Zresztą - wiecie, jak jest. Zawsze jesteś gdzieś nowy, w nieznanym miejscu, postawiony w wymagającej sytuacji. Taka cecha początków. Kiedy przyszliśmy na świat, też płakaliśmy, bo wszystko, co dotychczas znaliśmy, zostało nam brutalnie i nagle odebrane... A przecież chyba jednak nie chciałbyś spędzić całego życia u kogoś w brzuchu, no nie?

Więc, chociaż ich nienawidzę, uważam jednocześnie, że zmiany są potrzebne.

Żeby grubiutka gąsienica stała się pięknym, bajecznie kolorowym motylem.
Żeby nieopierzone pisklę przeistoczyło się w szybującego w przestworzach jastrzębia.
Żeby niepozorny pąk mógł rozkwitnąć, zachwycając krwistoczerwonymi płatkami i wabiąc słodką wonią.

Żebyśmy my mogli pożeglować w poszukiwaniu siebie, swojej prawdy... Do miejsc lepszych lub gorszych, wśród ludzi przyjaznych lub niemiłych, tworząc wspomnienia lub szukając zapomnienia... ALE CIĄGLE DO PRZODU. Nie dlatego, że masz się zmusić do polubienia zmian. Dlatego, że tak po prostu będzie Ci łatwiej. Nie masz wpływu na to, czy, kiedy i co - stracisz; zostanie Ci odebrane; przeminie; zmieni się... ale możesz za to zdecydować, jak na to zareagujesz.

Ja wybieram, że nie chcę już tracić.
Od teraz będę tylko zyskiwać.

I, chociaż nadal nienawidzę zmian...

...stoję na dziobie swojej łodzi, gotowa stawić czoła największym falom!

Bo przecież... JUŻ NIC NIE TRACĘ.

.Wieśniara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

TOP